Zzza horyzontu powoli pokazywało się słońce.Tafla wody nad jeziorem była idealnie gładka,przez co odbijała słabe jeszcze promienie.Woda mieniła się milionem diamentów,przynajmniej tak mi się zdawało.
Patrząc na to cudowne zjawisko,wszystkie moje myśli gdzieś uciekły.Siedząc pod rozłożystą płaczącą wierzbą,czas dla mnie się zatrzymał.Chociaż na chwile mogłam poczuć się beztrosko.W tak krótkim czasie wszystko w moim życiu zmieniło się ,jednak nie to miejsce.Tu było tak samo.I miałam wrażenie,że nigdy to się nie zmieni.
Niechętnie podniosłam się z ziemi i przeszłam łąkę,idąc w górę.Naciągnęłam na siebie mocniej skórzaną kurtkę czując chłodny wiatr,który pojawił się ni stąd ni zowąd.Po moich plecach przeszły ciarki.
Polna droga wydawałą się nie mieć końca.Co chwile potykałam się o jakieś wystające kamienie.Zboczyłam trochę z drogi i szłam pomiędzy drzewami aż w końcu moim oczom ukazały się pode mną kilka domów,które z tej wysokości wyglądały na malutkie.Oparłam się o drzewo i zaczęłam przyglądać się terenowi.
Nagle przed moimi oczami ukazało się wszystko w płomieniach.
-Nie.Tylko nie to.-powiedziałam do siebie.
Nic się nie zmieniło.Słyszałam głosy krzyczących ludzi.Płacz dzieci.Wszyscy próbowali uciekać jednak płomienie zagradzały im drogę ucieczki.Po moich policzkach leciały gorzkie łzy rozpaczy.Grunt pod moimi nogami usunął się a ja po chwili siedziałam na ziemi,próbując złapać oddech.
Nie wiem ile tam siedziałam.Kilka minut a może kilka godzin.Na zewnątrz wszystko wróciło do normy.W środku?Totalny rozpierdol.
Wstałam z ziemi i postanowiłam wrócić na drogę by po powrocie położyć się w łóżku i przespać cały dzień.
Idąc pustą uliczką zauważyłam coś niepokojącego.Pod domem Państwa Cox,stało duże auto z napisanym po boku,dużym S.
-Szarat.-pomyślałam.
Nie zastanawiając się ani sekundy poszłam w kierunku średniej wielkości domu.Już z daleka było słychać krzyki i łkania Panny Cox.Podeszłam idealnie do drzwi i stojąc w przedpokoju nadsłuchiwałam rozmowy.
-Proszę zostawcie ją.-mówiła kobieta.-Ona ma dopiero osiem lat.Proszę ...To tylko dziecko.
-Zamknij się.-warknął twardy,męski głos.Po sekundzie usłyszałam płacz Isabelle.Ta dziewczynka nie mogła trafić w ich ręce.Często przychodziła do mojej ciotki by pomóc jej w pielęgnowaniu ogrodu.Ona nie mogła pójść z nimi.Po moim zimnym trupie.
Kiedy jeden ze strażników chciał wyjść z dziewczynką naskoczyłam na niego.Uderzyłam wysokiego chłopaka w twarz by po chwili moja pięść wylądowała na jego brzuchu.Wyjęłam z jego kieszeni broń i od razu wycelowałam w kolejnego.
Każdy strażnnik miał pancerz składający się z łusek.Ten który stał na środku,na jednej z nich miał złotą gwiazde.Już wiedziałam z kim będę musiała się użerać.
-Isabelle idz do mamy.-zwróciłam się do dziewczynki,która nie zastanawiając się spęłniła moją prośbę.Matka od razu ją objęła jednak tak jak reszta rodziny czekała na dalszy rozwój zdarzeń.
-Ty głupia dziewczyno.Jak śmiesz wtrącać się w sprawy Szaratu?!-krzyknął rozwścieczony strażnik.
-Nie słyszałeś?Ta pani ładnie prosiła.Ja nie będę.-odparłam.-Zabraliście im już wystarczająco dużo.
Popatrzyłam na kobiete w której oczach zobaczyłam napływające łzy.Przez Szarat stracili wszystko.
Pieniądze.
Dom.
Rodzine.
Kilka miesięcy temu zabrali im syna.Do dzisiaj nie wiadomo co się z nim stało.Moja teoria obejmowała zamordowanie go z zimną krwią za to,że nie spęłnił jakiegoś ich rozkazu.
-Odłuż.Broń.-syknął za mną chłopak,którego znokautowałam.Po chwili poczułam pistolet przy swojej głowie.Cudownie.
Uśmiechnęłam się pod nosem.Szybko się podniósł.Po tym spotkaniu na sto procent ucierpiało jego ego.Dał się zaskoczyć dziewczynie.Musiałam jednak posłuchać się go.On jednak nie przestał we mnie celować.
-Kim jesteś,co?-spytał blondyn podchodząc do mnie bliżej.Moje serce biło jak oszalałe.Musiałam się uspokoić.W tej chwili!
Milczałam.Chciałam przedłużyć to jak najbardziej mogłam.Na co liczyłam?Na cud.W każdej postaci.
-Hej,hej!-usłyszałam na sobą dobrze znany mi męski głos.Taki cud mi wystarczy.
-Co tu się dzieje?-mój wujek spojrzał na chłopaka,który trzymał pistolet przy mojej głowie,zapłakanej Pannie Cox i małej przerażonej dziewczynce.Musiało wyglądać to jak scena z filmu.Szkoda tylko,że w nim grałam.
-Kim pan jest?-warknął strażnik.
-David Smith.Doradca Przewodniczącego.-przedstawił się spokojnie.-To moja bratanica...
-Diana Ross.-mruknął strażnik a na jego twarzy pojawił się wredny uśmieszek.Przewróciłam oczami na jego reakcje.Poczułam jak chłopak za mną opuszcza broń.-Mogłem się domyślić,że nikt inny nie mógłby wtrącić się w nasze sprawy.
Szarat doskonale wiedział kim byłam.Dziewczyną,która dopuściła się tego by niewinni ludzie,zapłacili życiem za jej błąd.
Już miałam mu coś odpowiedzieć jednak uprzedził mnie mój wuj.
- Co się stało?
-Pańska bratanica napadła na funkcjonariusza,groziła bronią i uniemożliwiała spełnienia polecenia Rady.-przedstawił moje zarzuty.
-Z tego co się orientuje tej rodzinie zabrano już jedno dziecko.-wuj starał się zachowywać powagę jednak widziałam,że tak jak ja bardzo się denerwował.Jego włosy były niestarannie ułożone a szlafrok lekko odsłaniał jego klatkę piersiową.Widocznie usłyszał krzyki i jak najszybciej przyszedł zobaczyć o co chodzi.
-Musiała zajść jakaś pomyłka.-ciągnął.-Złoże w tej sprawie raport.Będzie jutro w Radzie.A co do Diany.Proszę jej wybaczyć.Jest zbyt impulsywna.impulsywna.Dopilnuje żeby dostała odpowiednią kare.
-Oby.-powiedział strażnik i rzucił wredne spojrzenie w stronę Isabelle.-Miło było.-zaczął iść w kierunku wyjścia.-Przydałabyś się nam.
-Nigdy więcej się na to nie zgodzę.-warknęłam.
-Zobaczymy.-rzucił i razem ze swoim pomocnikiem wyszli z domu Cox'ów.Rzuciliśmy z wujkiem miłe "do widzenia" po tym jak kobieta łkała dziękując naszej dwójce,
Oboje milczeliśmy przez całą,dobrze,ze krótką drogę do domu.Wuj odgarnął z oczu włosy i opuścił rękę zaciśniętą w pięść.
Był wkurzony.
-Masz przerąbane.-powiedział choć wcale nie musiał.Dobrze o tym wiedziałam.
Zapowiada sie coraz ciekawiej.
OdpowiedzUsuńNie moge sie doczekac dalszych wydarzen..
#Makaron
Coraz ciekawiej, chcę już następny rozdział. To opowiadanie strasznie wciąga, jest świetne :)
OdpowiedzUsuń~M.Malik